Ludziom można powiedzieć cokolwiek i oni cokolwiek uwierzą – jedni mniej, inni więcej, a jeszcze inni w ogóle. Bo cokolwiek oznacza odrobinę, a odrobina to wciąż jeszcze trochę albo już tyle co nic. Jak pół litra na dwóch lub sto, dwieście baksów, która to suma - pomimo jej coraz większej nabywczej nieporadności - wciąż robi wrażenie na posiadaczach pierwszego zarobionego dolara.
Czasem jednak trochę znaczy też dużo, ba! – mnóstwo nawet, a wszystko zależy od tego kto, co, kiedy, jak i dlaczego. Bo gdy żarłok powiada, że zjadł trochę, normalny człowiek po takiej samej porcji nie mógłby zapewne wstać od stołu. I odwrotnie – gdy ktoś głodnemu, proszącemu o wsparcie zaoferuje kłodra, sądząc w swej wrodzonej emigranckiej chytrości, że i tak dał zbyt dużo, to niech się sam za tyle nażre.
Charakterystycznym przypadkiem jest jednak wiara pokładana w politykach albo dokładniej – w ich słowach. Bo naiwniak, który wierzy kłamcy nawet trochę, wierzy aż za wiele. Oto przykład. Kiedy Obama zapowiadał, iż zmieni Amerykę – nie żeby całkiem, tylko tyćkę, jako że wysilać się nie zamierzał, niektórzy uwierzyli mu też trochę, czyli w proporcjach do kłamliwej zapowiedzi dali wiarę na maksa. No dobrze, a czy mogą czuć się oszukani? Absolutnie! - powiedzą spece od prezydenckiego wizerunku, bo wokół to i owo ulegało przecież zmianom. I tak każdego roku następowały kolejne lata kalendarzowe, co jest faktem, a te stare odchodziły precz w niepamięć, wraz z prezydenckimi przyrzeczeniami. Czyli co, zmieniało się czy nie? Oczywiście że zmianiało, zatem Barack nikogo nie oszukał. Ponadto ocieplał się klimat, do tego stopnia ponoć, że bawełnę można by już zbierać w Maine, z tym że jak na złość nie ma komu, bo zatrudnienie, głównie w McDonald’s sięgnęło 110%, nie wspominając już o tym, że zbieranie bawełny stało się niepoprawne politycznie. Podobne zmiany dotyczą nauki, szczególnie w dziedzinie geszeftu. Oto genetycy podpłaceni przez stomatologów wymyslili nowy rodzaj zębów - takich dziesięciokanałowych i więcej nawet, by dentyści biorący od kanału, mogli leczyć pod zastaw domów co uboższych pacjentów. W ten sposób zrealizuje się jeszcze jedna z wizji Obamy – uczynienie społeczeństwa bardziej egalitarnym, gdzie bogaci wejdą w progi biedoty. Wejdą własnościowo oczywiście.
Możemy zatem uznać, że w myśl starej maksymy wszystko się kręci, a jak kręci to i zmienia, a jak zmienia, to Obama miał rację, w tym nawet wtedy, gdy sam kręcił.
Człowiek już tak ma, że wierzy często w rzeczy, w które nie powinien. Na przykład w kulistość Ziemi. Gdyby był wiernym wyznawcą geometrii Euklidesa, wtedy idąc po prostej, doszedłby do końca świata, stając na jego krawędzi. I tyle - dalej nie uczyniłby ani kroku. Wszędzie płasko – tam ocean, tam ląd, tam kolonia karna, tam Archipelag Gułag, tam więzienie w Guantanamo, a tu otchłań nicości - znaczy wszystko na swoim miejscu. Rzec można nawet, że po staremu. Sprawa skomplikowała się jednak wtedy, gdy znaleźli się mąciciele głoszący, iż prosta jest fragmentem cięciwy. I wtedy, niestety, porządek świata się zawalił.
Z drugiej strony jednak faktem jest, i trudno tu odmówić racji, że taka prosta, choć prosta z definicji, musi się kiedyś ugiąć - pod wpływem grawitacji choćby, czyli pod własnym ciężarem. A że w życiu jest podobnie, przykładem niech będzie wicepremier Pawlak.
Otóż przywódca chłopów, sam chłop prosty, ale nie jak prosta bynajmniej, tylko jak parobek w młodym wieku, głownie intelektualnie, reformie emerytalnej przeciwstawiał się do momentu, w którym musiał się ugiąć. Ugiąć lub dokładniej nagiąć swoje przekonania, ideały czy jak tam owe dobra osobiste zwać. Dlaczego, ktoś zapyta? Otóż Pawlak, podobnie jak PSL, nosi w sobie pewien partyjny ciężar, który nazywa się zdolnością koalicyjną. Ta zaś przynajmniej na dziś zapewnia mu wyborczą reelekcję. Czyli gdyby się nie ugiął, straciłby jedno i drugie, w tym to najważniejsze, nazywane korytem, choć wbrew przypuszczeniom nie wiejskim, tylko z Wiejskiej, ale tak samo pełnym wesołego pochrumkiwania.
Tak jest w życiu. A w teorii, bo to od niej zaczęliśmy, wiadome jest, że prosta składa się z punktów, przy czym prosta z niezliczonej ich ilości, natomiast półprosta, co sama nazwa wskazauje - z połowy mniej. Punkt zaś, szczególnie gdy jest punktem ciężkości, ma przecież swoją wagę, nie? Im zatem ich więcej, tym prosta cięższa, ciężar zaś gnie ją ku dołowi. Gnie i gnie, a że w fizyce czy astronomii nie ma dołu, zatem gnie się dalej, pod górę nawet, aż jeden koniec z drugim się nie spotka. Na tym właśnie polega zagięcie czasoprzestrzeni, które mami nas między innymi kulistościąglobusa. Co ciekawe, kulistość udowodnił rzekomo Magellan, opływając świat dookoła. I ludzie uwierzyli. A to nieprawda, bo Magellan zginął na dzisiejszych Filipinach i nieczego udowodnić nie mógł, jednak dano wiarę plotkom i tak już zostało.
Natomiast ludzie, którzy nie pozwolili się oszukać, wiedzą, że świat jest płaski a jego granice kończą się przepaściami. Patrząc na mapę i przypominając sobie resztki historii ludzkiej cywilizacji, z łatwością skonstatujemy, że z jednej strony granice świata zakreślają – trakatując rzecz nieco kurtuazyjnie - Japonia, z drugiej rzeka Bug, zaś na dole Rio Grande i północne wybrzeża Morza Śródziemnego. I to wszystko. Reszta to przepaść, istna czarna dziura, którą otacza mgła niewiedzy. W tym również ta smoleńska.
Nie ulega więc wątpliwośći, że skoro prostemu człowiekowi sprzedano kit o krągłości Ziemi, tym bardziej uwierzy swojemu prezydentowi, gdy ten przelewa z pustego w próżne o sprawach mniej zasadniczych - i też na ogół na okrągło. A ci, którzy nie uwierzyli? Cóż, tu jest pewien problem, bowiem niedowiarki nie dlatego nie uwierzyli, że wpadli na to sami, tylko dlatego, że tak im podpowiedziano. Po prostu swoimi politycznymi wyznaniami, tymi republikańskimi, sklasyfikowali się po ich zdaniem bardziej wiarygodnej stronie blagi i w sposób niekontrolowany, znaczy z definicji wierzą we wszystko, co druga strona im podpowie, w tym głównie o tej pierwszej. Jeśli zatem pierwsza strona, rzekomo demokratyczna, powiada, że dwa razy dwa jest cztery, wtedy druga przekonuje swoich fanatyków, iż to zwykła bujda i ci w to wierzą. Natomiast gdy tamci głoszą, iż dwa razy dwa jest pięć, wtedy ci drudzy tym bardziej mówią, że to kłamstwo - znów przy aplauzie wyznawców. Oznacza to, że pożeraczom politycznej papy zdarza się niekiedy, nie myśląc nawet, przyznać rację faktom, choć rzucona im na żer prawda ma jedynie charakter instrumentalny.
Hm, obawiam się, że trochę pogmatwałem, ale nie załamujcie się - dalej pójdzie już jak z płatka. Ażeczasy coraz trudniejsze, więc i ja poczuwam się do obowiązku stawiania wcąż wyżej intelektualnej poprzeczki proponowanych Wam felietonów. I dobrze, bo gdy zrozumiecie jakie bzdury w głowę Wam wciskam, wtedy tym łatwiej dotrą do Was bezsens i bujda mowy-trawy, dochodzącej z rejonów establishmentu. Jak na przykład stwierdzenie Mitta Romney’a, który nie pamięta, by w szkole nad kimś się znęcał, dodając jednocześnie, że jeśli ktoś poczuł się przez niego zraniony, to go przeprasza.
Ukryty cel tej quasi-ekspiacji polega zaś na tym, żeby ściemnić fakty, to znaczy przyznać się nie przyznając zarazem, i by przeprosić, zastrzegając jednocześnie, że nie wie się za co. Tak na wszelki wypadek chyba. Tylko po diabła, a inaczej czy ma to sens?
Otóż pijarowsko tak. Skołowani odbiorcy słów Romney’a, zwłaszcza jego potencjalni wyborcy, poczuli się uspokojeni – miły gość, przeprosił choć wydawało się, że sam nie wiedział czym zawinił. Ale patrząc na sprawę bardziej trzeźwo, ocenimy ja inaczej. Skoro bowiem nie pamięta się tak istotnych zdarzeń, których było się nie tylko uczestnikiem, ale i ich inicjatrorem, to w świadomości obwinionego nie miały one w ogóle miejsca. I teraz, skoro faktycznie nie miały, przeprosiny są zbędne. Natomiast jeśli miały, a pamięć do tego stopnia zawodzi, wtedy przeprosiny są konieczne, jednak skala amnezji odbiera automatycznie legitymację do stawania w wyborcze szranki w walce o urząd pierwszej osoby świata.
Logiczne? Jak najbardziej. Problem w tym, że skoro tak, to mamy do wyboru pomiędzy Pinokiem a Pinokiem-sadystą, co wielu skłoni pewnie do głosowania na Pinokia. Tak jakby w ponad 300-milionowym społeczeństwie nie znalazł się człowiek mądry, uczciwy i szlachetny. Na taki zarzut wielu odpowie, że to system winny, bo podrzuca im gotowych kandydatów. Fakt, tylko że już idea konieczności zmiany systemu do większości nie dociera. Bo ponoć ten właśnie, zwany demokracją amerykańską, jest najlepszy i dla innych niedościgły. Tak jak niedościgły w tym systemie, choćby w ułamku procenta nawet, jest dla ubogich materialny status bogaczy, reprezentujących drugi, uciekający z prędkością światła koniec nożyc zamożności w tymże amerykańskim superustroju.
Zaraz, zajechało komuś Marksem? Może trochę, ale czy to do końca źle? Analogiczne postrzeganie faktów z lewakami, w tym wypadku postępującej degeneracji społecznych systemów wartości, dotąd nie przynosi ujmy, póki nie sięga się po te same narzędzia naprawy. Przecież to dobrze, że widząc nachalną muchę na czole śpiącego, postanawiamy ją odgonić. Tyle że jedni machnięciem ręki, inni łopaty. Rzecz więc w tym, by nie sięgać po łopatę. I to wszystko.
A zatem ludziom można powiedzieć cokolwiek i ci uwierzą. W zdecydowanej większości. Nieliczni, którzy nie dadzą się okpić, jak zwykle zostaną okrzyknięci oszołomami i przedstawicielami umysłowego półświatka, jeśli wręcz nie zadupia, nie mając odtąd wpływu na poglądy oszukanych. Oszukanych ale i owych oburzonych, tych z namiotowych miasteczek, kórym wątłość szarych komórek podpowiada bunt, ale już nie rodzaj środków naprawy i zażegnania źródeł kryzysu, a tym samym powodów ich oburzenia.
- Kim pan jest? – Ja? Ja jestem oburzony? – Na co? – No na kapitalizm, rzecz jasna? – I co z tego? – No nic, po prostu oburzam się publicznie, o tu właśnie, i tyle.
Tak mógłby wyglądać dialog z wiekszością uczestników kiełkującego społecznie protestu, pacyfikowanego głosami ekonomicznych ekspertów o nieuchronności kryzysów, o konieczności dalszej liberalizacji gospodarki, o globalizacji, likwidacji lub ujmniejszeniu świadczeń socjalnych, konieczności wzrostu kosztów leczenia oraz wymuszanych demografią oszczędnościach, w tym tych najbardziej bolesnych, bo socjalnych, o wzroście składek i nakazach podnoszenia wieku emerytalnego. Bo jak nie... No właśnie, jak nie, to umrzemy z głodu, gdy już na przykład pieniędzy na emerytury nie starczy.
Naprawdę? No to zróbmy proste wyliczenie. Pomiędzy rokiem 1980 a 1990, kiedy to nie straszono jeszcze fatalną demografią ograniczającą nasze emerytalne przywileje, ludność USA wzrosła z 226 mln do 248. To znaczy, że przyrost wynosił 9.7%. Z kolei w roku 2000 populacja Amerykanów osiągnęła 281 mln, co oznacza wzrost w kolejnym dziesięcioleciu do 13.3%. Natomiast w latach 2000-2010, kiedy przybyło następne 27 mln ludzi, wzrost co prawda spadł, ale utrzymał się w proporcjach z lat 1980-1990, wynosząc znów blisko 9.7%.
Czyli jak to - było OK, a teraz, z tym samym przyrostem co niegdyś raptem ma być katastrofalnie? Hola, bujać to my, ale nie nas! Bo w tym samym czasie, kiedy rzekomy kryzys nakazuje różnej maści ekonomicznym ekspertom podpłacanym przez rozmaite lobby straszyć głodem i chłodem, odnotowano zarazem wzrost liczby miliarderów, wywindowano płace prezesów spółek, natomiast bonusy wypłacane członkom zarządów nie zmalały, ale wzrosły. Czyli że komu kryzys, temu kryzys, a głupiemu strach w oczach i smutek w sercu. Przeto o myślenie się uprasza – w związku z tym, rzecz jasna.
Mniej więcej 80 lat temu czarny czwartek i wielkie załamanie ekonomiczne, choć zubożyło społeczeństwo, przyniosło Amerykanom Nowy Ład Ekonomiczny, a z nim prawdziwe dziecko demokracji - Social Security Act z 1935 roku, zapewniający emerytury, renty rodzinne, renty inwalidzkie i ubezpieczenia. Od tego dopiero momentu homo americanus stał się cząstką społeczeństwa cywilizowanego. Bo o tym czy społeczeństwo jest cywilizowane, czy nie, przeświadcza nie ilość mercedesów i pałaców w przeliczeniu na bandycki łeb, jak w Rosji, i nie przyrost koni mechanicznych na jednego mieszkańca wciąż średniowiecznych społecznie Chin, ale stopień usocjalnienia państwa, czyli zaakceptowany społecznie i chroniony konstytucyjnie model państwa solidarnego.
No tak, ale czy musicie wierzyć w to, co tu napisałem? Nie. A dlaczego? Bo choć zaprezentowane rozumowanie jest proste, to właśnie dlatego, że proste, gdzieś i kiedyś ulec musi zagięciu – to udowodniłem już wcześniej. Zagięciu lub nagięciu - jak czasprzestrzeń, Ziemia, przekonania, ideały i wreszcie fakty. Fakty zaś naginają się najchętniej, by potwierdzić jakąś teorię. Inaczej biada im, jak mawiał zawsze zatroskany o stan teorii, mniej prawdy, Józef Wissarionoiwicz. Mnie zaś tylko prawda leży na sercu. A skoro leży, to się odciska. Czym? Jak to czym, ciężarem. Czyli co, znów ją przegina. Ano właśnie! Tak mimo wszystko trochę na lewą stronę chyba.



Z treści wnioskuję że mamy podobny pogląd na parę spraw ... w tym polityków.
Pozdrawiam.