Kiedyś stojąc w kolejce w polonijnych delikatesach usłyszałem taką oto rozmowę... Zaraz, chwila moment - żeby była jasność, usłyszałem a nie podsłuchałem, bowiem krajanie rozprawiali na tyle głośno, by ich przemyślenia mogły trafić zarówno pod strzechy fryzur prostych jak i wymyślnych kłafiur robiących zakupy rodaków. Czyli mówiąc wprost, dyskutowali bez tak zwanej krępacji. Zreszta posłuchajmy.

 

        - Ty, widziałeś, kurde, jak tornado Florydę sponiewierało? Przerypane, chłopie! Kamień na kamieniu chyba nie został– prawił jegomośc wielkości małej góry lodowej, podstawiając pod nos znajomego gazetę, jaka w jego łapsku wyglądała niczym pojedyńczy płatek papieru toaletowego w ręce normalnych gabarytów człowieka.        

        - No - odpowiedział jakoś beznamiętnie ten drugi, o jedna trzecią mniejszy, wyraźnie czymś zamyślony.

        - Co no? Nie pasuje ci coś? – zdziwił się pierwszy. - Przecież to daleko, więc w nas nie rypnie i dlatego na luzie pogadać se możem.

        - No pasuje, tyle że se tak myślę, nie?… - zastanowił się jakby nieco głębiej.

        - Że co? – zapytał ten, co sto lat temu Titanica zatopił.

        - No se myślę, gdzie to jebło najgorzej znaczy? – mniejszy podrapał się wolną od koszyka ręką w głowę, poprawiając przy tym mocno wyszmelcowaną bejsbolówkę.

        - Jak gdzie? No we Florydę jebło, mówię.

        - Tak, ale w jakie miasto dokładnie, bo szwagier kupił dom koło Tampa i przeniósł się tam na emeryturę.

        - Aaa - wykrztusił jakby ze zrozumieniem duży. Nie doczytałem jeszcze, ale chyba nie piszą gdzie, tylko że ogólnie pierdolło. Zresztą na razie to obrazaki żem przejrzał. Okularów nie mam.

        - No i właśnie w tym sęk.

        - Co, że obrazki żem przejrzał czy że okularów nie mam?

        - Nie, że nie wiemy

        - A o to chodzi, oooo… Zara, to jak wreszcie jest - dobrze by było, jakby jebło w te Tampa, czy jakby nie jebło? Bo już się, kurde, gubię.

        - No ogólnie – podłubał nerwowo w nosie mniejszy, a później, zmieniając palec z kciuka na wskazujący, w uchu, to byłoby dobrze, gdyby … - tu znów się zatrzymał.

        - Kurde, wyduś wreszcie! – zaczął irytować sie duży.

        - No jakby... – znów zamyślił się mniejszy, po czy zdecydowanie już dodał: - No więc byłoby lepiej, jakby jebło, gdyby szwagier ode mnie pieniędzy na tę chałupę nie pożyczył. No a że pożyczył, to tak się czuję, jakby mnie co serce przez pół przecięło, rozumiesz, nie? I cieszę się, i boję. Znaczy, jak to się mówi, mieszane uczucia mam, o!

        - A dlaczego mieszane?

        - Bo ja go, ciula, jeszcze z wioski nie lubię. Jakiś taki ważny był zawsze – że to w szkole lepiej mu szło, że se motor pierwszy kupił, pola więcej miał, a później, już tu, nie, no to że chałupę większą wystawił, robotę lepszą miał…

        - Znaczy chwalił się, tak? Że to niby co to nie on, i w ogóle? – duży już sobie rysował charakterologiczny portret szwagra.

        - No nie żeby zaraz chwalił, taki to może on i nie jest – mniejszy wstydliwie, acz niechętnie zdzierał retusz, który sam wczesniej dodał. - Chłop raczej cichy taki, rzadko kiedy co powie, i grzeczny nawet, tylko tak jakoś ogólnie ciul, rozumiesz, nie?

        - Jak tak, to po co mu na dom w Tampa pożyczałeś? – duży zaczynał się trochę gubić.

         - Nie ja, ja bym centa nie dał. Żona się uparła i kasę mu na ten dom pożyczyła, durna baba.